Rozmowy (nie)kontrolowane
Naprawdę lubię rozmowne zwierzęta. Fajnie wiedzieć, że też mają coś do powiedzenia. Szczególnie, jeśli z niewiadomych przyczyn postanowiliście odciać się od cywilizacji i od dobrych kilku tygodni w waszym życiu towarzyskim pojawiło się jedynie kilka fruwajacych krzewów pustynnych, rodem z westernu, aż w końcu zatęskniliście za starą dobrą pogawędką. Albo po prostu mieliście dosyć głupot, które wylewają się potokiem z ludzkich ust i doszliscie wreszcie do wniosku, że dużo wyższy poziom na gruncie komunikacji reprezentuje rybka akwariowa.
Poza tymi niezaprzeczalnymi faktami z waszego życia, którymi tak frywolnie zarzucam mało interesujący zakątek sieci, przyznacie chyba, że wiecie, o czym piszę.
No bo kto ani razu nie odezwał się do zwierzaka, niech pierwszy rzuci kamieniem. Lub coś w tym stylu.
Goodness zawsze była temperamentna i wygadana. Kiedy widziała, że ktoś się w domu kłóci, dokładała swoje trzy grosze i głośno wyrażała dezaprobatę tym bezsensownym ludzkim wrzaskom. Oczywiście również wrzeszcząc. Co ciekawe, to niemal za każdym razem przełamywało lody. Jeśli już pies musi rozdzielać Was - krzyczących, to wiedzcie, że zawaliliście. Wstydźcie się.
Musiała być w centrum zainteresowania, gdy coś się działo. Jak wtedy, kiedy mój tata pokazywał mamie kroki taneczne. Ona też oczywiście chciała tańczyć, więc zataczała kółka wokół nich i poszczekiwała.
Lubiła też śpiewać (czy raczej fałszować) razem z nami.
Chętnie wdawała się we wszelkie dyskusje. Nawet, jeżeli wypaliłabym z pytaniem, co myśli na temat nowej listy lektur w podstawówkach.
...Albo ewentualnego przejęcia władzy nad światem przy pomocy bezglutenowej propagandy.
I jawnie sprzeciwiała się przemocy. Czasem testowaliśmy na sobie z bratem czy ojcem chwyty, jakie któreś poznało na "takim a takim" treningu. Chociaż udawane, bo nikt z nas nie robił sobie krzywdy, Gudi musiała się upewnić, że wszystko w porządku.
Naprawdę kochałam te jej pomruki, warknięcia podczas zabawy, a także szczeki, od których krwawiły uszy, jeśli znalazło się w nieodpowiedniej odległości. Byłam pewna, że całą sobą uczestniczy w rodzinnym życiu.
Teraz dom pełen jest nie szczeków, a miauczenia, nie licząc pochrapywania i chrząknięć, kiedy daje o sobie znać choroba wieńcowa Rutera.
Nie zdawałam sobie sprawy, że mała kicia potrafi tak głośno i intensywnie drzeć swoją tycią japkę, a przy tym wcale się nie męczyć. Miauczy na tysiąc różnych sposobów i w dowolnej okazji. Dźwięki, które z siebie wydobywa, można zaliczyć do kilku kategorii:
* daj jeść, podły człowieku, bo umrę z głodu, chociaż pół godziny temu wsunęłam pokaźną porcję puszki;
* baw się ze mną, ale tylko tak, jak ja tego chcę;
* ratunku, wepchnęłam mysz z grzechotką pod mebel i nie mogę jej wyciągnąć;
* biją, maltretują, obdzierają ze skóry, pomocy! - przy obcinaniu pazurków;
* marudzę, bo nie wiem, co lepszego ze sobą zrobić;
* głaszcz mnie, ale jednak nie, chcę tylko leżeć, zaraz, dlaczego przestałaś?
Tak jest, to kot z krwi i kości.
A to oznacza, że wygrał jeszcze zanim nieszczęsny człowiek zdążył otworzyć usta. W dodatku jest mały i puszysty, więc to tak, jakby w konkursie na inteligencję postawić kulkę futra z oczami przeciwko łysej gliździe. Nikogo nie obchodzi poziom IQ, dopóki jury ma sprawny wzrok, a zwycięzcę trzeba pokazać w telewizji.
Komentarze
Prześlij komentarz