Niuchacz
Odkąd sięgam pamięcią, Ruter darzył zainteresowaniem wszelkie żywe istoty, przy czym szczególnie upodobał sobie te mniejsze od siebie. Z pasją ganiał ptaki, pilnował świnek morskich na wybiegu czy drażnił się z królikiem, zadowolony z faktu, że sam też może przed nim uciekać (swoją drogą, dość ryzykownie, tak stawać w szranki z uszakiem, kiedy ten straci wreszcie cierpliwość). Wciąż pamiętam rozdzierający dźwięk bezsilności, wydobywający się ze sznaucerowej jamy szczekowej, gdy przyuważył na drzewie wiewiórkę i koniecznie chciał się z nią bliżej poznać. A także przemożną chęć, żeby popędzić każdego napotkanego dachowca, jaki znalazł się w polu widzenia.
Nie było w tym wszystkim ani odrobiny agresji, a jedynie ciekawość i chęć zabawy, powodowane zapewne historycznie uwarunkowanymi właściwościami psa stróżującego i tępiciela gryzoni. Ale zostawmy te suche stwierdzenia. Po trzynastu latach śmiem twierdzić, że w gruncie rzeczy ten mój Miś po prostu kocha wszystko, co się rusza (no dobrze, nie licząc dzieci...). Jeśli złapał, ewentualnie pacnął łapą, przycisnął nosem i trochę obślinił. Zwykle wykazywał się dużo większą delikatnością w porównaniu do, powiedzmy, uścisku dłoni za pomocą jedynie koniuszków palców introwertycznego syna znajomej, dla którego towarzyszenie matce na spotkaniu pełnym obcych ludzi to ostatnia rzecz, na jaką ma ochotę. Wiem, trochę popłynęłam, ale wyobrażacie sobie, o co chodzi?
Ruter wprost uwielbiał zaglądać do wszelkich dziur i kopców w poszukiwaniu kretów albo nornic. Kiedy ktoś przechadzał się po ogrodzie, musiał mu towarzyszyć i grzebać między grządkami, bo może udałoby się wyniuchać żabę czy dwie. Lubiłam wtedy chwytać za aparat, żeby pstryknąć kilka zdjęć ukrytym lokatorom.
Muszę przyznać, że ta sznaucerowa ciekawość czy też ochoczość nie zawsze kończyły się dla niego dobrze. Zdarzały się rzeczy zabawne, ale i takie, które na chwilę mroziły krew w żyłach. I chociaż żadnego z psów nigdy nie zostawiałam bez opieki sam na sam z mniejszymi zwierzętami i innym członkom mojej rodziny również wystarczyło na to rozumu, pewnym wypadkom nie sposób zapobiec. Pewnie dlatego nazywamy je wypadkami. Wystarczyła chwila nieuwagi, żeby znudzony psiak rozgrzebał kopczyk, należący do os, mieszkających pod ziemią. Kilka ukąszeń poniosło za sobą daleko idące konsekwencje. Pierwszy silny wstrząs i pojawiające się od tego momentu ataki padaczkowe o różnym nasileniu, na przestrzeni kilku lat.
Jak pisałam, nie sposób wszystkiego przewidzieć. Choćbyśmy dysponowali wyjątkowo daleko posuniętą wyobraźnią, byli nieprzeciętnie zapobiegliwi (nie twierdzę, że to mnie dotyczy), nie jesteśmy w stanie kontrolować całego świata. Korci mnie, żeby napisać "na całe szczęście", bo tak właśnie uważam, ale w kontekście wypadków nie wyglądałoby to zbyt dobrze. A co mi tam. Mimo wszystko cieszę się, że z Ruterka taki dzielny poszukiwacz wrażeń. Pomyślę o tym za każdym razem, kiedy przypomnę sobie jego umorusany ziemią nos i wesołą mordkę.

Komentarze
Prześlij komentarz