Doktor Pies

Czasem tęskno mi do początków mojego beztroskiego piśmiennictwa. Pierwotnie stukałam zupełnie dla rozrywki i zachowania cennych wspomnień, a czasem przemycenia jakiejś istotnej kwestii, w formie pozbawionej niekiedy ładu i składu, ale zawsze. Nie spodziewałam się jednak, że moje teksty mogą wyjść poza blogowy światek, aż otrzymałam interesujący e-mail dotyczący współpracy. Małe okienko do medialnej rzeczywistości, umożliwiające kontakt z tak zwanym szerszym odbiorcą.
Dziś (od jakiegoś czasu) wracam do swojej radosnej i nieskrępowanej paplaniny, pozbawionej jakiejkolwiek publiczności (no cóż), dlatego postanowiłam wykorzystać skrawki Psich Perypetii, które krążą jeszcze po internecie. Bardziej czy mniej udane. Ponieważ należą do mnie, bezwstydnie je skopiuję i tutaj umieszczę. W tej właśnie chwili. A zacznę od tekstu, który naprawdę lubię, bo zawsze pozytywnie mnie nastraja. Poza tym, jak na kilka lat wstecz, całkiem nieźle mi wyszedł.


Fascynujące w zwierzętach jest to, jak doskonale potrafią wyczuwać ludzkie uczucia. Wiedzą, kiedy dzieje się coś złego, perfekcyjnie rozszyfrowują chwilowy stan ducha z całej palety emocji, jaką dysponujemy. Co ciekawsze, wypracowały sobie niezły asortyment reakcji i potrafią z niego skorzystać w zależności od sytuacji.
Mówi się, że wszystko to ma służyć naturalnemu instynktowi przetrwania. Mogę się z tym zgodzić, jednak miewam również własne teorie przy tego typu stwierdzeniach.

Zastanawiając się nad stosownym wytłumaczeniem pewnych zachowań moich psów, dochodzę niekiedy do wniosku, że kompletnie mija się to z celem.
Gdy po skaleczeniu się, próbowałam opatrzyć zraniony palec, Gudi podbiegła do mnie w podskokach, radosna, jak co dzień. Zbliżywszy się jednak, natychmiast zamarła i w skupieniu, z niejakim zatroskaniem przyglądała się moim czynnościom. "Widzisz, co mi się stało?", spytałam z rozbawieniem i pokazałam psinie oklejony palec. Ta zaczęła machać ogoniskiem, tłukąc nim o łazienkowe sprzęty i mruczeć swoim zwyczajem. Po chwili zbliżyła się do "źródła moich nieszczęść", powąchała je i... wybuchła. Zanim zdążyłam zareagować, leżałam na ziemi z wylizanymi rękami, twarzą i uhahaną Bestyjką nad sobą. I jak tu się nie cieszyć?
Zarówno Ruterek, jak i Gudi wiedzą, gdy mam kiepski dzień. W jednej chwili pomagają mi zapomnieć o troskach, wyprawiając różne dziwy czy zwyczajnie prosząc o spacer. Błysk w psich oczach, przytulenie do mnie łba z zachętą do pieszczot - te proste działania sprawiają, że wracają siły do życia. Zwierzęta dają taką pewność, że jest się komuś potrzebnym, podnoszą ludzki system wartości. Wystarczy wpuścić je do swojego życia. Choć nawet nie zdają sobie z tego sprawy, to najlepsi lekarze od wszelkiego rodzaju rozterek, mentalnych upadków i niepewności.

Czasem kot położy się obok chorego, na co znajdzie się co najmniej kilka "eksperckich" wyjaśnień. To samo tyczy się większości zwierzęcych zachowań. I w żadnym razie im nie zaprzeczam, o ile zostały udowodnione lub taki tok rozumowania nakazuje zdrowy rozum.
Bywa jednak, że rozsądek zawodzi. W czym rzecz? Ludzie lubią, a może nawet potrzebują, myśleć inaczej. Po co rozwodzić się nad tym, czy pies przyszedł do płaczącego z czysto egoistycznych pobudek, to tylko pogłębia przygnębienie. Lepiej zatem tkwić w ułudzie. Byle tylko nie zatracać się w niej bezgranicznie.

I tak, gdy w kiepskim momencie życiowym pojawia się obok któryś z poczciwych czterołapów, nie wnikam w cel jego przybycia. W przeciwnym razie albo jeszcze bardziej się zdołuję, albo zacznę się oszukiwać. Sam fakt, że psi towarzysz JEST akurat w chwili, gdy potrzeba czyjeś bliskości, uważam za cenny.
Najważniejsza jest myśl, że można oderwać się od szarości dnia i cieszyć beztroską, jaką emanuje.
A tak prościej i "po naszemu": masz deprechę? Spójrz na swojego psa.

Grudzień 2014

Komentarze

  1. Brak komentarzy nie oznacza wcale barku odbiorców. To, co piszesz, jest bardzo osobiste i czasem po prostu brak odpowiednich słów sprawia, że tekst pozostaje bez komentarza. Gdy zostawiłaś u mnie swój nowy link, wszedłem zobaczyć co u Ciebie słychać i okazało się, że piszesz tak jak kiedyś w swoim stylu, więc czytam dalej. Jednak chwilę później przy wpisie "Są takie dni" okazało się, że nie byłem przygotowany na taki tekst. Czytałem i z każdą kolejną linijką oczy wypełniały łzy, a gardło zaciskało się coraz mocniej. A potem wpis "13. lutego". Chciałem coś napisać, ale wszystkie słowa, które wstukałem w klawiaturę drżącymi rękoma, były nie takie, nieodpowiednie...

    Ktoś, kto nie zna Psich Perypetii, nie zrozumie, nie odbierze tego w pełni. Choć sam tekst mówi bardzo wiele...

    Fajnie, że się zachowały w przepastnych internetach skrawki Psich Perypetii :) Może warto byłoby je pozbierać i częściowo tu posklejać/powklejać w nowej etykiecie? Tak jak to zrobiłaś w tym wpisie. Wydaje mi się, że z tytułem Bloga raczej się nie pogryzą ;)


    Pozdrawiam.

    Dawny czytelnik ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Bardzo dziękuję za wszystkie te słowa i cieszę się, że tutaj jesteś. :)

      Jestem przekonana, że do powrotu do pisania, jak do wielu innych rzeczy, czasem trzeba dojrzeć. Przymierzałam się do tego dość długo, a gdy już zaczęłam, spadł na mnie cios, którego efektem były wspomniane wpisy. Nie zamierzam jednak się poddawać, czuję się wręcz zobowiązana, by kontynuować. Nawet, jeśli pewne rzeczy wciąż bolą.

      Psie Perypetie, owszem, będą się pojawiać. :) Wpisy te można znaleźć pod etykietą o tym samym tytule.

      Pozdrawiam serdecznie!

      Usuń

Prześlij komentarz

Popularne posty z tego bloga

Gdy myślisz, że o niego nie dbam

Piecyk, którego potrzebujesz

Niuchacz