Syndrom szczeniaczka
Niektórzy nigdy nie dorastają. Wiem na pewno, że ja nie dorosnę. I dobrze, bo nie chcę. Zawsze znajdę dobrą chwilę na to, żeby sprawdzić, jak długi odcinek chodnika dam radę przejść bez nadepnięcia na linię, nie przestanę marzyć nawet o najdziwniejszych rzeczach, które strzelą mi do głowy i zapewne jeszcze nie raz odwalę jakąś głupotę. I naprawdę świetnie się czuję z tą świadomością.
Na całe szczęście Bóg obdarzył mnie adekwatną fizjonomią. Zapewne i po trzydziestce nie przestaną pytać mnie o dowód przy sprzedaży alkoholu, a i sporo wody upłynie, zanim zainteresuje się mną ktoś inny niż chłopcy w okresie dojrzewania. Ten fakt jest o tyle w porządku, że zdziecinnienie niemal całkowicie uchodzi mi na sucho (o ile rzeczywisty wiek pozostaje tajemnicą). Nieźle to wymyśliłam, prawda? Sprytna ze mnie bestia.
Goodness nie miała tak łatwo w swoim psim życiu, bo nawet maleńka była całkiem spora. I dziwiła się czasem biedna, że utknęło jej się pod stołem albo że nie zamieściła się na ludzkich kolanach. Nie przeszkadzało to jednak, żeby próbować. Często nieporadnie ładowała się w różne miejsca w ślad za Ruterkiem, z roześmianym pyskiem pakowała się w kłopoty, żeby niekiedy się zdziwić: "ale jak to tak?" i absolutnie nie obchodziło ją to, że cokolwiek może przerwać jej dzikie, jakże radosne pląsy. No, chyba, że dosłownie padłaby na pysk.
Kiedy tak sięgam pamięcią wstecz (głuptasy, do przodu przecież nie pójdę), nie przychodzi mi do głowy żaden moment, w którym Gadzina byłaby takim dojrzałym czy dostojnym psem, którym mogłyby się poszczycić eleganckie panie ze zdjęć wyciagnietych z żurnala. To raczej wszędobylski Cielak, malutki piesek zamknięty w amstaffiej formie, wołający o to, by pozwolić mu schować się pod kocykiem wielkości chusteczki do nosa, a potem udawać, że całkowicie pod nim zniknął.
To Rudy Smok, myślący, że jest jaszczurką zwinką.
Co zrobić z takim wiecznym szczeniakiem? Dla mnie było to oczywiste - pozwolić mu być.
Kto wie, ile nam zostanie z dziecka.
Komentarze
Prześlij komentarz