Kochaś


Czasem sobie myślę, jak to dobrze, że mamy dwie ręce. Po pierwsze dlatego, że z jakichś przyczyn lubię symetrię. Po drugie, ponieważ się przydają. Zwłaszcza, jeśli macie masę spraw do załatwienia. A, nie oszukujmy się, zawsze coś się znajdzie i nigdy nie jest tak, że zrobiło się za dużo. Dwie sprawne ręce bardzo ułatwią życie.
Nigdy się nad tym nie zastanawialiście? Zapytajcie tych, którzy mają (co najmniej) dwa psy. Oni wiedzą najlepiej.


Ruter od zawsze był pieszczochem. Głaskanie, drapanie i poklepywanie mogłoby dla niego nie mieć końca. A że nie był jedynym psem w domu, należało rozdzielać uwagę pomiędzy niego a Gudaskę. Kiedy więc poświęciłam czas sznaucerowi, zaraz kierowałam się do amstaffki. Uważałam, że tak jest w porządku, każdemu należało się tyle samo miłości. Goodness nie zawsze zawracała sobie tym łepetynę. Często leżała leniwie, kiedy ja nieudolnie próbowałam ją rozruszać i stosowałam desperackie zabiegi pt. "kochaj mnie, Psie!" (lepiej nie wnikajcie). Po prostu miała swój zegar, w którym upominała się o pieszczoty. I którakolwiek z powyższych opcji by to nie była, Ruter zawsze przydreptywał, bezceremonialnie wpychał łepek pod rękę albo kładł go na kolanach, kręcił się obok i dawał do zrozumienia, że jego masaż nie dobiegł końca.
On w ogóle się nie kończy. NIGDY.

Zdarzało się, że oboje byli zazdrośni i prześcigali się w pomysłach, jak zwrócić na siebie uwagę. Towarzyszyły temu dziwne dźwięki, zataczanie kółek, ocieranie się (lubiane przez Rutera) czy bardziej dosadne siadanie mi na stopach lub pakowanie na kolana tyłka (czyli waga ciężka w wykonaniu Gadziny). Nie powiem, to były zabawne momenty. I na szczęście mogłam jednocześnie nagrodzić starania tej dwójki.
Zawsze w całej tej zabawie jest moment, w którym trzeba powiedzieć "stop". Rutuś nigdy nie traktował go poważnie. Nawet odesłany do siebie, zaraz przychodził znowu, żeby chociaż trochę przesunąć granicę. Wlepił gały, pomachał tym swoim krótkim ogonkiem, przytulił się. Mogły rozboleć mnie ręce, a on i tak nie miał dosyć. Nie dziwię się mu zresztą, mam podobnie. Też jestem pieszczochem, kiedy już mnie najdzie.

Planeta odhacza kolejny obrót wokół Słońca, na świecie podejmowane są jakieś ważne decyzje i jeszcze więcej absurdalnie głupich, a ja tak siedzę i go głaszczę. Obiad sam się nie ugotuje. Trzeba by w końcu zrobić coś ze swoim życiem. Nauczyć się czegoś nowego. Wtedy nachodzi mnie genialna myśl, że jednak fajnie byłoby być ośmiornicą.

Komentarze

Popularne posty z tego bloga

Gdy myślisz, że o niego nie dbam

Piecyk, którego potrzebujesz

Niuchacz